h1

LXXXVI: Eagle Eye

Grudzień 3, 2008

Eagle Eye

Reżyser słabego Złodzieja Życia (tego z Angeliną Jolie) D.J. Caruso tym razem zaskoczył mnie pozytywnie. Najnowsza produkcja z udziałem mega-popularnego Shia LaBeoufa na podstawie pomysłu Stevena Spielberga to przyzwoity thriller, który do ostatnich minut trzyma w napięciu i co najważniejsze – pomimo masy bzdur jest pozbawiony wielu “wspomagaczy”, które w kinie amerykańskim rażą jak powiewanie flagi w każdej części Spider-Mana (chociaż o ironio, w Eagle Eye też ją nieraz zobaczymy to jednak jest to inna bajka).

Nie dziwię się, że polski dystrybutor zrezygnował z tłumaczenia tytułu, choć to żaden skomplikowany idiom. “Sokole oko” idealnie oddaje sens tego, co w tym filmie bije na głowę maszynerię z Mrocznego Rycerza. Fabuła filmu opiera się bowiem na zagrożeniu, jakie niesie współczesna technologia. Oryginalny pomysł to to nie jest, bowiem coś podobnego zaaplikował nam już Tony Scott we Wrogu Publicznym. Tam Will Smith był cały czas pod czujnym okiem szpiegujących go komputerów. W Eagle Eye mamy parę bohaterów, którzy podobnie jak w filmach Hitchcocka nie wiedzą, w co zostali wplątani. Intryga jest prosta – twórcy odpowiedzieli nam na nurtujące pytanie już połowie filmu, ale pomimo to – akcja trzyma w napięciu do końca.

Zapytacie co w tym filmie takiego niezwykłego? Otóż, porównując go do masy sensacyjniaków film D. J. Caruso pozbawiony jest masy niepotrzebnych ujęć, patetycznych spowolnionych scen, tępych dialogów i moralizatorstwa. Nie ujrzycie tu ani jednego pocałunku ani erotyzmu, bowiem w tej historii na takie rzeczy po prostu nie ma czasu. Bohaterowie cały czas mają przysłowiowy nóż na gardle a reżyser zadbał oto, by widz, pomimo masy bzdur, jakie się mu wciska nie nudził się i przy okazji nie zapomniał, o co w filmie chodzi.

Inną bajką są efekty specjalne – to nie ten rodzaj filmu, gdzie ostateczne destrukcja została przewidziana na ostatnie metry taśmy – o nie, zostaliśmy uraczeni kilkoma świetnymi sekwencjami pościgów okraszonych konkretnymi stłuczkami, wybuchami i grom go wie, czym jeszcze. Sekwencja ze samosterowalnym samolotem w tunelu pomimo nieprawdopodobieństwa robi wrażenie!

Oddzielny akapit należy się Billy’emu Bobowi Thorntonowi. Facet zagrał Agenta Thomasa Morgana głównie dialogami – trzeba powiedzieć, że to dobry akcent komediowy – jego teksty to chyba te najlepsze w całym filmie. Shia LaBeouf jak to on wypadł przyzwoicie, chociaż kiedy panikuje to jak nic przypomina Sama z Transformersów. Mimo wszystko cieszy mnie, że chłopak potrafi grać. Jeśli chodzi o Michelle Monaghan – nie wiem, czemu niezbyt dobrze ją kojarzę, przeglądając jej filmografię dobrze pamiętam tylko Constatine’a. Z twarzy pasuje do roli cierpiętniczki i taką w filmie gra. Grunt, że dobrze jej to wychodzi.

Podsumowując; Eagle Eye to dobry thriller ze świetnym tempem, w sposób mocno fantastyczny  (czyt. mega bzura) ujmujący problem postępu informatycznego. Wręcz idealny twór do zażartej walki między krytyką a widzami. Znawcy będą się czepiać możliwości superkomputera ARIA, ale właśnie dobrym atutem filmu jest to, że ten fakt jakoś nam nie przeszkadza. Reżyser w jakiś sposób sprawił, że historia ma ciekawe zacięcie. Wystarczy porównać do wyczynów Michaela Baya, który spłycił by film do granic możliwości. Caruso pomimo masy efektów dał swobodne miejsce intrydze i na nią postawił do samego końca.

Polecam film tym, którzy lubię dobrą akcję, trzymającą w napięciu zwariowaną intrygę podaną w przyzwoity sposób i bez niepotrzebnych dodatków. Idealny film na wieczorny wypad do kina. No i zdjęcia Dariusza Wolskiego :D. Amen!

Eagle Eye
FilmWeb | IMdB | Rotten Tomatoes

Dodaj komentarz