
XCIX: Boogie Nights. O takim jednym, co miał dużego
grudzień 24, 2008Boogie Nights 
Kiedy oglądasz świetny film zapominasz o doszukiwaniu błędów i po prostu zatapiasz się w wykreowany przez reżysera świat. Gdyby przyjrzeć się z bliska najlepszym dziełom X Muzy docenia się w nich przede wszystkim lekkość prowadzeniu historii. Boogie Nights nie jest filmem skomplikowanym. Reżyser nie prowadzi nas za rączkę – wszystko pokazane jest wg mnie z perspektywy kogoś zupełnie neutralnego. Czasami odnoszę wrażenie, że w dobrym filmie reżyser sam się zachowuje jakby oglądał własny film i dzięki temu zapominamy, że mamy do czynienia z czymś zaplanowanym. Cholera, nie wiem, jak to dobrze ubrać w słowa, ale kwintesencja dobrego kina to jego umiejętność oderwania wszelkich zmysłów od rzeczywistości i oddaniu ich oddziaływaniu ruchomych obrazów.

Boogie Nights to swoiste studium kariery pełnej wzlotów i upadków. Kariery w ogólnym tego słowa znaczeniu. Eddie Adams (Mark Wahlberg) dostaje życiową szansę – możliwość zarobienia na chleb dzięki graniu w filmach pornograficznych reżyserowanych przez Jacka Hornera (Burt Reynolds). Oczywiście nie dostałby takiej propozycji, gdyby nie to, co nosi we własnych gaciach. Mottem przewodnim filmu jest “korzystaj z tego, co dał ci Bóg”. Eddie przyjmując pseudonim Dirk Diggler staje się gwiazdą filmów porno. Jego życie w ciągu kilku chwil zmienia się o 180 stopni. Pieniądze, sława a co się z tym wiąże – narkotyki, wzloty i upadki. Jednym słowem – samo życie.
Ostatnio wszelkie filmowe biografie ślepo kopiują życiorysy bohaterów i w sumie trudno dociekać, co dany reżyser pragnął przekazać. Anderson obok postaci Dirka Digglera ukazał też kilka innych postaci barwnie dopełniających całą historię. Dzięki nim główny bohater odbierany jest inaczej. Porównania nasuwają się same i w gruncie rzeczy można stwierdzić, że “trzeba brać to, co daje ci życie”. Albo masz dar i z niego korzystasz, albo masz chwilę, z której korzystasz i suniesz do przodu.

W filmie jest pewna fenomenalna scena, w której czuć niesamowite napięcie. Mam na myśli tą, w której Buck Swope (Don Cheadle) wchodzi do przydrożnego sklepu, by kupić kilka pączków. Nie wiem, jak to Anderson zrobił, ale tu czuć, że zaraz stanie się coś mocnego. Kwintesencją tej sceny jest wyżej wspomniana myśl “trzeba brać to, co daje ci życie”. Anderson jest tu dobitny, bo scena kopie jak rzadko która.
Przez niemal trzy godziny przez ekran przewija się masa postaci. Dwie z nich, choć pokazują się rzadko są wręcz fenomenalne; mowa o Scottym granym przez Philipa Seymoura Hoffmana. Już w pierwszej scenie widać, co ten gość ze sobą prezentuje. Hoffman jest bezbłędny i świetnie gra. Pierdolony geniusz. Druga postać to Rahad Jackson. Alfred Molina, którego z początku nie rozpoznałem zmiażdżył mnie. Scena wymiany koki na forsę w jego mieszkaniu do cudowny miks dowcipu i unoszącego się w powietrzu napięcia. Chińczyk strzelający petardami (umierałem ze śmiechu, kiedy wszyscy podskakiwali na dźwięk tych strzałów
), Rahad grający w rosyjską ruletkę, wielki czarny ochroniarz i oczywiście słuchanie muzyki. Można by wymieniać w nieskończoność świetne sceny, ale z genialnymi filmami jest, tak, że lepiej je obejrzeć niż o nich czytać ;D.

Na koniec wspomnę o Marku Wahlbergu. Nie jest to facet o niesamowitych zdolnościach aktorskich, ale Boogie Nights obok Infiltracji to jedyny film, w który Wahlberg wyszedł rewelacyjnie. Wierzyć się nie chce, jakim był potem drewnem w Max Paynie czy Zdarzeniu. Tutaj zagrał bardzo dobrze, nie powalająco, ale idealnie wręcz nadał się roli faceta, który zamiast mózgu używa fiuta i dobrze na tym wychodzi. Ba, jedni mają 150IQ, drudzy 30 cm w spodniach, chociaż kombosy też się zdarzają
.
Podsumowując; Boogie Nights to wielkie kino, świetna gra aktorska, stylizowane zdjęcia (fenomenalne pierwsze ujęcie w filmie!) i niesamowita reżyseria. Anderson pozwala delektować się widzowi historią, wierzy w naszą inteligencję i z cudowną lekkością prowadzi fabułę przez niemal trzy godziny. To świetny przykład filmu, który pokazuje, że sami czynimy świat tak okrutnie skomplikowanym a do prawdy dochodzimy zahaczając koło – wracając do tego samego miejsca, by sprawdzić na własne oczy, czego tak naprawdę w życiu dokonaliśmy. Pamiętać bowiem należy, że to nie świat jest popieprzony, tylko sami ludzie.
Boogie Nights
FilmWeb | IMdB | Rotten Tomatoes

