h1

CXXV: Aż Poleje Się Krew

luty 4, 2009

Aż Poleje Się Krew

Takie filmy sprawiają, że głowa pęka od pytań, ochów i achów. Trzeci film Paula Thomasa Andersona jaki obejrzałem to bezsprzecznie jego najlepszy film w dotychczasowym dorobku. Dziwne jest to, że Boogie Nights i Magnolia wciągnęły mnie bardziej to jednak Aż Poleje Się Krew było tym dziełem, po obejrzeniu którego nie wiedziałem, co napisać, by nie napisać niczego głupiego. Podobne odczucia miałem po Nie Ma Kraju Dla Starych Ludzi braci Coen. Tak na umysł działają arcydzieła x).

Surfując po internecie za recenzjami tegoż filmu dotarłem do wielu różnych opinii i próbując sam coś napisać uzmysłowiłem sobie, że Ameryki już na tym polu nie odkryję, bowiem jeśli chodzi a arcydzieła prawda jest taka, że każdy w nich widzi inny kształt formy doskonałej.

Trudno się tutaj przyczepić do czegokolwiek, chociaż sam finał wydał mi się zbyt groteskowy (a przypominając sobie końcówkę Magnolii można by stwierdzić, że to taki styl Andersona), ale o tym za chwilę. Niesamowity jest fakt, jak potężną i mistrzowską kreację stworzył tu Daniel Day-Lewis. Dawno nie widziałem na ekranie tak zimnego, zasadniczego sukinsyna; wzorcowy typ kapitalisty, dla którego pieniądz jak tak istotny, jakby płynął mu w żyłach zamiast krwi. Jego Daniel rządzi tym filmem niczym totalitarysta. Drugą postacią, która równie świetnie przykuwa oko widza to Paul Dano w roli fałszywego, samozwańczego proroka, twórcy Kościoła Trzeciego Objawienia – Eli (jako, że film jest adaptacją książki sam kościół jest fikcyjny). Główną osią tego filmu jest właśnie pojedynek między tymi dwoma charakterami. Pomimo, iż zdają się być od siebie totalnie różni (na dodatek nienawidzą się wzajemnie) w rzeczywistości dążą do tego samego – żądzy pieniądza.

To przede wszystkim film dla Ameryki. Spojrzenie na jej historię z punktu widzenia kapitalizmu – systemu, którzy rządzi Stanami (jak i resztą świata) po dziś dzień. Anderson nakręcił film trudny, gęsty i cholernie dwuznaczny. Pojedynek Daniela i Eliego jest przecież symboliczną walką, na polu której Ameryka budowała swój kapitał. Odwołać się wystarczy do dzisiejszej sytuacji. Wielkie koncerny próbujące za wszelką cenę zarobić na wszystkim, co się da. Masa samozwańczych mesjaszy ze scjentologami na czele. Oglądając Aż Poleje Się Krew nie od razu zauważa się jego wielkość. Mocna końcówka daje do myślenia i zastanowienia się w którą stronę to wszystko pójdzie dalej.

Końcówka tego filmu nigdy nie da mi spokoju, bowiem kiedy o niej myślę dociera do mnie ogromna ilość sprzecznych twierdzeń i domysłów. Groteskowość, dwuznaczność i potęga tej sceny dociera do widza później. Jestem ciekaw czy Anderson zastosował taki chwyt po to, by akurat ta scena zapadła nam w pamięć? Co by nie mówić – chwała mu za to. Całościowo film ociera się o arcydzieło. Ostatnie słowa i tytułowa plansza potrafią wyryć w głowie prawdziwy rebus. I nie wiem, co więcej pisać, bowiem brakuje mi słów, pomimo tego, że pod gradem pochwał kryje się nutka pewnej wątpliwości. Pozostaje tą nutkę odkryć i zapewne sama historia to pokaże.

O ile nad warstwą fabularną mogę się rozpisywać w nieskończoność, o tyle prościej można opiszę techniczne aspekty filmu. Zdjęcia Robert Elswita, czyli faceta odpowiedzialnego w tej sferze również za resztę filmów Andersona - scena zapalenia szybu wiertniczego to czysta poezja, której piękno i rozmach powinno się podziwiać tylko na wielkim ekranie. Uwielbiam to jak Elswit jeździ kamerą dookoła wydarzenia jakby chciał powiedzieć, że sam obawia się zbliżyć do płonącej, gigantycznej konstrukcji. Niczym piekło pośrodku niczego. Ach! tak cudownie sfotografował otoczenie, że widz może nacieszyć oko jego wielkością. I co ważne – zdjęcia idealnie współgrają z zimnym i ciężkim klimatem filmu. Mam wrażenie, że Anderson stosuje ciekawy chwyt – ustawia kamerę w jednym miejscu, by obserwować statyczne, ale pełne napięcia wydarzenie. Tak było w Boogie Nights, tak było w Magnolii. Efekt jest niesamowity, bowiem w filmach cenię właśnie to – opowiadanie obrazem a nie gadanie.

Muzyka to jeszcze inny kawałek poezji; groźnie brzmiące partytury, sprawiają jakby je rozrywało na strzępy a przygrywające w tle skrzypce tylko przypominają jak dwuznaczne jest wszystko to, co widzimy na ekranie. Czy można się tu do czegoś czepić? Nie da.

Podsumowując; perfekcyjny film, dwuznaczna końcówka, genialna kreacja Daniela Day-Lewisa, klimatyczna, szarpiąca nerwy muzyka, epickie zdjęcia Elswita oraz ta cudowna reżyseria Andersona, który potrafiłby nakręcić imprezę techno w powolnym tempie i równie kopałaby by widza po neuronach jak wyścig Formuły 1. To trzeba zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie na temat całości jak i tej niesamowitej, wręcz boleśnie dwuznacznej końcówka. Prawdziwa uczta kinomana.

Aż Poleje Się Krew
FilmWeb | IMdB | Rotten Tomatoes

Dodaj komentarz