
CL: Śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi… Sweeney Todd
marzec 29, 2009Sweeney Todd.
Demoniczny Golibroda Z Fleet Street 
![]()
Każdy film Burtona to wydarzenie. Trochę jak każdy nowy film Guya Ritchiego. Porównanie może nie na miejscu, ale powiedzmy, że chciałem zając kilka linii porywającym tekstem
. Sweeney Todd to musical. Zastanawiało mnie, czy jako ktoś, kto za musicalami nie przepada tym razem zmieni zdaniem. Myślę, że pozostanę przy swoim bowiem Tim Burton nakręcił najgorszy film w swojej karierze. Wszystko przez to, że ta historia została zaśpiewana (a raczej – jak została zaśpiewana)…

Dobry film zaczyna się od trzęsienia ziemi a potem napięcie powinno rosnąć, rzekł niegdyś Hitchcock. Sweeney Todd zaczyna się przybyciem tytułowego bohatera do Londynu razem z jego kompanem. Jeden z drugim wyśpiewują kim są, co porabiają i co mają zamiar zrobić. Przyjemność z oglądania tej sceny jest nieszczególna, bowiem nie dość, że jest ciemno to ci dwaj panowie śpiewają tak jak ja (czyli nie umieją śpiewać) i na wrażliwe ucho takie pianie działa jak koncert Mandaryny. Trudno skupić wzrok na obrazie, w którym gdyby nie słowa piosenek widz nie wiedziałby czemu Depp cały film chodzi z jedną i tą samą miną (tak jakby w skupieniu mówił “Mam ochotę kogoś zatłuc”). Po tej niemal czysto informacyjnej scenie Sweeney trafia do piekarni, w której Nellie Lovett (Helena Bohnam Carter) piecze, pożal się boże, ciasteczka. Dookoła łażą karaluchy i ten który nawinie się pod wałek ma zaszczyt trafić do ciastka ;]. Oczywiście kobieta wyśpiewuje swoją codzienną tyradę a Depp dalej ma ten sam wyraz twarzy (chociaż w tym przypadku też bym miał taki wyraz wysłuchując podobnych fałszów). Koniec końców Nelie dowiaduje się, że Todd jest tak naprawdę jegomościem, którego sędzia Turpin (Alan Rickman) niegdyś wygnał z miasta. Pytaniem jest więc dlaczego go wygnano?

Historia Sweeneya Todda w Anglii jest znana jak u nas legenda o Bazyliszku. Równie fikcyjna i niemal równie masakryczna xD. Tim Burton wziął na tapetę to, w czym czuje się najlepiej – mroczną historię dziejącą się w nie mniej mrocznym mieście (Londyn – kocham to miasto) z szalonymi charakterami. Klimat gotyku, podrzynanie gardeł, Johnny Depp, dobra muzyka, cudowna scenografia, świetne zdjęcia… jednak jest coś, czego w tym filmie brakuje. W moim przypadku jest to brak emocjonalnej więzi z bohaterami. Rzuciło mi się to w oczy już w pierwszych minutach filmu. Wszystko ładnie, pięknie, ale zabrakło w tym wszystkim serca, duszy – jednym słowem – nie było tego “czegoś”.
Drugim zarzutem kierowanym pod ten film jest niewykorzystanie potencjału scenariusza. Odczuwa się, że film jest adaptacja przedstawienia, które rodziło się na deskach teatru. Często bywa tak, że to samo w teatrze blednie na ekranie kina. I Sweeney Todd ma właśnie tą wadę. Niby każda kolejna scena wynika z poprzedniej, ale to wszystko sprawia wrażenie mechaniczności. Denerwowało mnie to, jak Depp chodzi od okna do okna trzymając się jednego grymasu twarzy albo trwa w milczeniu, albo śpiewa. Nie wiem czemu, ale nie trawię takiego czegoś, kiedy scena ma mieć wymiar poważny a aktor strzela słowami jak z karabinu, by nadążyć za rytmem piosenki. Zdaje mi się, że wszystko się gryzie i harmonię trafia szlag. Nie ukrywam, że musicali nie trawię, bo już tak mam, a na domiar tego aktorzy jak na ironię – nie potrafią śpiewać.

Najlepsze akcenty filmu należą Sachy Barona Cohena (pamiętna rola Borata) i Alana Rickmana. Te dwie postaci pojawiają się dość rzadko, ale to właśnie one są bardziej godne zapamiętania niż Depp, Carter i cała reszta. Z racji tego, że to film o golibrodzie podrzynającym gardło interesował mnie poziom przemocy, ukazania całej rzeźni. Przyznam, że największe wrażenie robi pierwsza egzekucja. Choćby dlatego, że jest jakby niespodziewana i świetnie ukazana. Reszta nieszczęsnych pacjen…eee, klientów ginie jak na taśmie produkcyjnej i w sumie trudno skakać z wrażenia na krześle, kiedy trudno kibicować/jakkolwiek odnieść się emocjonalnie do postaci Sweeneya i jego problemu.

Wizualna strona filmu stoi na najwyższym poziomie – wszelkie lokacje zostały odpicowane na ostatni guzik, chociaż raziły mnie nieco sekwencje dziejące się na plaży – domki letniskowe były tak kolorowe, że miałem ochotę puścić pawia. Każdy wie, że filmy Burtona skąpane są w ciemnych tonacjach granatu i gnijącej zieleni. Pomimo tego, iż elementy scenografii przypominają pracę grabarza to strona wizualna u Burtona była zawsze arcydziełem. Muzyka jak to w musicalach – przyjemna dla ucha. Motyw główny znam na pamięć, ponieważ użyłem go we własnym filmie, więc trudno mi o obiektywną ocenę, kiedy dosłownie wyrył mi się w zwojach mózgowych ;].
Podsumowując; Sweeney Todd mnie rozczarował. Zupełnie nie obchodziło mnie czy tytułowy golibroda dopnie swego i ilu nieszczęsnych klientów wyśle do św. Piotra. Można tylko pochwalić wizualną stronę filmu i zdjęcia Dariusza Wolskiego (chociaż to dalekie wrażenie od znaczenia “powalić na kolana”). Niewykorzystany potencjał scenariusza, męczące fałszowanie Deppa i Carter oraz brak emocjonalnej więzi z bohaterami sprawia, że Sweeney Todd wypada blado na tle reszty filmów Burtona i pozostaje mieć nadzieję, że jedyne potknięcie mistrza w jego długiej karierze. Film poleciłbym tylko zatwardziałym fanom reżysera a reszcie radziłbym powtórkę z Edwarda Nożycorękiego, w którym to Johnny Depp używał nożyczek zamiast brzytwy a na ekranie przelało się po stokroć więcej emocji niż krwi w całym Sweeneyu Toddzie.


wiedziałeś że na Fleet Street do lat 80tych ubiegłego wieku znajdowała się główna siedziba prasy brytyjskiej?:D
a co do filmu to mam podobne odczucia: sięgając po kolejny film z moim Johnym myślałam że będzie to coś co zapamiętam na długo, niestety, nie obejrzałam nawet połowy filmu bo tego sie nie dało oglądać, nudne sceny, czegoś brakowało…. ehh szkoda:/