
CLIV: Synecdoche, New York
marzec 31, 2009Synecdoche, New York 
![]()
Zupełnie nie spodziewałem się takiego filmu. W dodatku obejrzałem go z braku innych ciekawych pozycji i doznałem olśnienia. Sądząc po opisach fabuły dziwiło mnie, że opisuje się ten film jako komedię, jednak po 20 minutach każdy stwierdzi, że to trudny do przełknięcia dramat psychologiczny obrazujący życie pewnego reżysera teatralnego. Scenariusz to prawdziwa perełka dla wytrawnego kinomana, całości dopełnia jak zwykle genialny Philip Seymour Hoffman.

Synecdoche oznacza całość części, część całości, szczegół ogółu bądź ogół szczegółu. Zamotane? Jak najbardziej. Caden Cotard (Philip Seymour Hoffman) odnosi sukces. Jego sztuka zdobywa uznanie widzów do tego stopnia, że Cotard dostaje stypendium na swoją twórczą działalność. Tym razem chce stworzyć coś genialnego, niepowtarzalnego, życiowego, realistycznego i do bólu okrutnego. Impet, z jakim Cotard wkracza w świat swojego twórczego pędu sprawia, iż z czasem zaczyna mieć problem z odróżnianiem fikcji od rzeczywistości. Wszystko co przeżywa przekłada na kolejne akty sztuki. Szuka rozwiązania, właściwego tytułu dla swojej sztuki, jednak przeciągający się czas jej tworzenia sprawia, że Cotard zapada się we własne dzieło i przestaje jakby odczuwać granice między wszystkim i wszystkimi. Wszelkie jego czyny, wszelkie myśli stają się częścią małego świata, który w istocie, jest wszystkim, co istnieje.

Trzeba przyznać, że wizja Charliego Kaufmana to prawdziwe dzieło sztuki o sztuce i w sztuce. Widz z początku może poczuć sie mocno zagubiony próbując wyciosać jakieś zgrabne myśli analizując działania Cotarda. Sceny z życia i kolejne części sztuki zaczynają się wzajemnie przeplatać, iż widz na samym sobie może odczuć to, co przeżywa autor sztuki. Film można uznać za przygnębiający swoim przyciężkawym klimatem, jednak w moim odczuciu był inny. Dlaczego? Nie jestem do końca pewien, ale jego konstrukcja wydała mi się, że “żywa” i przez to oglądało się to wszystko bardzo… przyjemnie. Przez cały seans zadawałem sobie pytanie, jak może skończyć się sztuka, która wciąż “żywi się” rzeczywistością jej autora? Odpowiedź wydaje się prosta i jeśli wczujemy się w psychikę Cotarda odpowiedź może okazać się szokująco prosta.

Synecdoche New York to jeden z najlepszych filmów minionego roku. Zupełnie dziwi mnie jego pominięcie w Oscarach. Scenariusz i jego konstrukcja po prostu powala. Kiedy już wczuwamy się w klimat historii przyjemność z oglądania rośnie z minuty na minutę. To świetny przykład filmu, który uwidacznia, że ludzka wyobraźnia nie zna granic. Że sztuka jest niesamowitym katalizatorem ludzkiego umysłu. To dzieło do obejrzenia na kilka dobrych razy. By całkowicie cieszyć się z odkrywania kolejnych smaczków scenariusza trzeba być nieco oczytanym w literaturze. Nie jest to lekkie kino, ale warte swojego czasu. Jednym słowem – genialny debiut reżyserski Charliego Kaufmana, jego fenomenalny scenariusz i rewelacyjna rola Hoffmana. Polecam miłośnikom kina ambitnego z mocną dawką oniryzmu i schizofrenii.
Synecdoche, New York
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes

