
CLVII: Jerry Maguire
Kwiecień 6, 2009Jerry Maguire 
![]()
Zaiste pozytywnie nastrajający film, przy którym można sobie popłakać i podziwiać trzy świetne kreacje – Toma Cruise’a, Renée Zellweger oraz Cuby Gooding Jr (który, nota bene, dostał za swoją rolę Oscara). Jerry Maguire to typowy “fell-good-movie” w reżyserii Camerona Crowe’a, który podbił serca widzów i po dziś dzień nie stracił ani trochę ze swojego uroku.

Jerry Maguire to człowiek sukcesu; ma świetną pracę, wysokie zarobki, piękną kobietę u boku i świetne perspektywy na przyszłość. Żyć, nie umierać. Jednak pewnego dnia zdaje sobie sprawę, że jego praca to szczurzy wyścig za pieniądzem i w związku z tym zaczyna nienawidzić samego siebie. Dotknięty opinią syna jednego ze sportowców, którego jest menedżerem, Jerry postanawia stworzyć manifest będący sprzeciwem wobec tego, co czynił do tej pory. Pisze go pod motto “mniejszy zysk, mniej klientów, większa opieka”. Rozdaje kopie swojej pracy wszystkim ludziom w firmie, by następnego dnia usłyszeć “jesteś zwolniony”. Jerry rozumie, że został sam i musi stworzyć własną firmę opartą na zasadach swojego manifestu. Przyłącza się do niego Dorothy Boyd (świetna i zaskakująco urodziwa Renée Zellweger) – samotna matka wychowująca syna Raya (równie świetny Jonathan Lipnicki). Nie trzeba wspominać, że pomiędzy Dorothy a Jerrym zrodzi się uczucie, które jednak zostanie wystawione na próbę. Od tej pory Jerry ma swojego jedynego, zaufanego klienta, który postanowił go nie opuścić i dać szansę w roli swojego menedżera – mowa o Rodzie Tidwelu granym przez Cubę Gooding Jr.

Punktem wyjścia fabuły jest preliminarz (czyli zestawienie planowanych dochodów i wydatków jednostki budżetowej) napisany przez Jerry’ego. Nie trudno domyślić się, że w filmie chodzi o tą stronę ludzkiej natury, którą naprawdę uważamy za ludzką. Cameron prowadzi cała historię w optymistycznym duchu, pełnym wzruszeń i emocji. Cała ta mieszanka ma niesamowicie pozytywne działanie na widza. “Show me the money!” czy “I love you. You… you complete me” to już kultowe sceny a drugą można nieraz zobaczyć oglądaną przez bohaterów komedii romantycznych (zdaje mi się, że między innymi w Dzienniku Bridget Jones).
Oddzielny akapit należy się Tomowi Cruise’owi, który stworzył tutaj najlepszą kreację w całej swojej karierze. To jeszcze nie ten świr zaślepiony scjentologicznymi pierdołami a poważny aktor, który wcielił się w swoją rolę doprawdy niesamowicie. Zdaje mi się, że w żadnym następnym filmie Cruise nie był tak przekonujący (no, chyba, żeby brać pod uwagę pierwszą rolę bad guya w Zakładniku Michaela Manna).

Rzadko bywa, by w jednym filmie wszystko było na równie świetnym poziomie – reżyseria, scenariusz, zdjęcia (Janusz Kamiński się kłania) i aktorstwo. Ze ścieżką dźwiękową jest już nieco gorzej, ale to nie stoi na przeszkodzie, bowiem umiejętna konstrukcja scenariusza oddaje tyle prawdziwych emocji, iż niepotrzebne jest podkręcanie jego napięcia muzyką. Należy oczywiście wspomnieć świetne dialogi. To wszystko sprawiło, że Akademia nominowała film w 5 kategoriach, między innymi za najlepszy scenariusz oryginalny (przegrał z Fargo), montaż i najlepszy film, jednak Oscar trafił tylko do Cuby Gooding Jr a Tom Cruise musiał obejść się ze smakiem patrząc na Geoffreya Rusha (czyli Barbossą z Piratów Z Karaibów) odbierającego statuetkę złotego rycerzyka.
Jerry Maguire to kino wyjątkowe w swoim gatunku; świetny dramat i komedia w jednym. Trzy pamiętliwe kreacje aktorskie i najlepszy film w dorobku Camerona Crowe’a. To pozycja, którą znać trzeba, i która jednocześnie przypomina, że kino jest po to, by wzruszać i wprawiać ludzi w pozytywny nastrój. Jerry Maguire wykonuje to zadanie w 100%.
Jerry Maguire
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes

