
CLXVIII: Ile Waży Koń Trojański
maj 18, 2009Ile Waży Koń Trojański 
![]()
Nie ukrywam, że miałem dość wysokie oczekiwania po tym filmie. Zagadkowy tytuł, ciekawy pomysł na fabułę (choć to powtórka z Dnia Świstaka) oraz Więckiewicz w jednej z głównych ról – nic tylko oglądać! I właściwie wszystko fajnie się zaczyna, dopóki nie zaczynamy odczuwać bolączki polskich filmów – braku laku…

Zosia Albrecht-Radecka (jakaś moda na te dwuczłonowe nazwiska) grana przez Ilonę Ostrowską jest szczęśliwą matką i żoną. Wolne chwile spędza z rodziną bądź z koleżankami z pracy pałaszując sushi w pobliskiej knajpie i prowadzi gabinet terapeutyczny. Można powiedzieć – niemal “TVNowski” profil przykładnej rodziny, gdzie niczego nie brakuje i trudno uwierzyć, że to się w Polsce dzieje. Pierwszy ciekawy element fabuły pojawia się, kiedy na plan wchodzi Darek (świetny jak zawsze Więckiewicz) i dowiadujemy się, że był pierwszym mężem Zosi i jest ojcem jej obecnej córki. Nadal go nosi, by po raz kolejny podbić serce swojej ex-żony, jednak przychodzi mu to z marnym skutkiem. Należy wspomnieć, że akcja dzieje w dniu 40. urodzin Zosi i jest to jednocześnie Sylwester 99/2000 a więc szał ze zwariowanymi komputerami etc. I właściwie wszystko to przebiega bez zgrzytów – ogląda się lekko i przyjemnie, dopóki Zosia nie trafia do łazienki, by nałożyć na siebie inna kieckę. Nagle gaśnie światło i… witamy w PRLu.

Wydać się mogło, że od tej chwili napięcie zacznie rosnąć, będzie zabawnie, klimatycznie a w rezultacie wychodzi nijako. Ze scenariusza domyślamy się, ze Zosia z powrotem trafi do czasów, kiedy to mieszkała z Darkiem i tak się dzieje. Problem jednak leży w tym, iż fabuła ma ten sam problem, co Zosia – nie ma pojęcia, co robić. Po kilku minutach “konfrontacji z PRLem” Zosia wydaje się być dziwną kobietą – niemal na każdym kroku kpi z rzeczywistości, używa zwrotów, jakby wszyscy sprawiali wrażenie niedorozwiniętych (“Ale wy jesteście zacofani!”) i coraz rzuca hasłami, jakby Polska dzisiaj była krainą miodem i mlekiem płynącą. I tak w parze z kiepską propagandą podąża miałka fabuła,w której to Zosia za cel stawia sobie odnalezienie Kuby, czyli jej męża, którego zostawiła w 2000 roku. I w sumie to niczemu by nie przeszkadzało, gdyby nie zasadnicze pytanie ze strony widza “Czemu ma służyć te cofnięcie się w czasie?”.

Wydawać by się mogło, że takie wydarzenie jak podróż w czasie procentuje doświadczeniem i siłą rzeczy porównaniem obu rzeczywistości. Niestety – nie ma o tym mowy. Reżyser wybrał niesamowicie kiepski sposób na przeżycie PRLu całkowicie go ignorując i stawiając w tak pesymistycznym świetle, że o “sentymencie za komuną” ze strony Zosi po prostu nie ma mowy.A skoro nie ma sentymentu to po co to wszystko? W Dniu Świstaka mieliśmy faceta, który dostał świetną lekcję życia a tutaj nie mamy nic. W kółko tylko słyszymy jakim cudownym ustrojem jest polska demokracja, że mamy wolność, ale jej nie zauważamy (trzeba mieć tupet, żeby tak mówić x)). Poza tym nudę w scenariuszu wypełnia postać mamy Zosi granej przez Danutę Szaflarską. Scena, w której się pojawia jest bardzo ciepła i to jedyna, prawdziwie sentymentalna scena w całym filmie – łapie za serce, bo nie ma to jak fajna babcia
.
Reszta filmu to przykład braku wykorzystania potencjału – te uganianie się za przyszłym mężem, problem narodzin córki sprawia, że ten film to pseudo-sentymentalna komedia feministyczna. Tutaj facet jest jakimś chodzącym złem. Przywołując tekst jednej z bohaterek “Fajni faceci, którzy są zajęci nie zwracają uwagi na inne kobiety. A szkoda.” zastanawiam się, czy nie kładzie na ziemię całą historie, bo przecież Zosia nie znosi Darka za zdrady a tutaj jej koleżanka przecież mówi coś zupełnie odwrotnego… Nie wiem, jak to traktować – może to ukryty “żart” scenarzysty, że kobiet i tak nikt nie pojmie?

Podsumowując Ile Waży Koń Trojański to fabularny zawód; podróż w czasie ani trochę nie zmienia Zosi, dostajemy mało zabawnych dialogów, scenografia przypomina PRL tylko z samochodów i telewizorów. Kilka komunistycznych lokacji nie ratuje filmu, bo Zosia to momentami tak irytujący charakter, że mamy ochotę wyjść z kina. Za dużo feminizmu, kpin z systemu, marnej propagandy i braku rozwiązania historii sprawia, że szybko zapominamy, choć film pozbawiony jest charakterystycznej ciężkości rodzimej kinematografii. Najgłupszy jest jednak finał, czyli sposób, w jaki Zosia wróciła do współczesności i jego konsekwencje. I co, u diabła, znaczy tytuł filmu? Odpowiedzi na te pytania stawiają znaki zapytania nad kondycją polskiego kina, bowiem Ile Waży Koń Trojański to film o tej jedynej miłości, PRLu i jednocześnie… o niczym. Nie wyjdziecie z kina mądrzejsi. Więcej o tamtych czasach dowiecie się od rodziców bez tej całej buńczucznej otoczki. A szkoda.
Pomimo tego polecam. W sumie lekki filmik i nic poza tym.
Ile Waży Koń Trojański
FilmWeb | IMDb | FilmPolski.pl

