
CLXXVII: Gorsze od rozwodu – Ślubne Wojny
czerwiec 7, 2009Ślubne Wojny 
Druga połowa filmu aż zanadto dała mi do zrozumienia, że o Ślubnych Wojnach nie ma co się rozpisywać. I chociaż nie jest to gniot, który prosi się o wyjście z kina, to nazbyt dobrze odczuwamy, że wszystko już widzieliśmy. Ślubne Wojny to idealnie skrojony produkt mainstreamu – chwilami nawet zabawny, aczkolwiek wykorzystujący wszelkie kalki fabularne bez zahamowań, co sprowadza się do miażdżącej krytyki ze strony znawców i… masy widzów w kinach (wszakże tego rodzaju stwierdzenie również zahacza o kalkę, tyle, że recenzencką
).

Historia Ślubnych Wojen opiera się na rywalizacji dwóch nierozłącznych przyjaciółek, których największym marzeniem jest ślub w sławnym Hotelu Plaza (tak, to ten, w którym urzędował Kevin x). Wszystko zaczyna się od momentu, w którym Liv (Kate Hudson) znajduje w swoim mieszkaniu pudełko z pierścionkiem zaręczynowym i z miejsca postanawia to uroczyście oblać z koleżankami. Emma (Annie Hattaway) z racji swojego niemłodego już wieku wpada w stan miesiączkopodobny (nie proście o szczegóły
) nie mogąc znieść, że jej koleżanka jest już (prawie) zaręczona. Los jednak okazuje się uległy jej prośbom, w związku z czym jeszcze tego samego wieczora słyszy od swojego chłopaka magiczne “Do you merry me?“. Liv i Emma czym prędzej odwiedzają najbardziej znaną specjalistkę od ślubów. Wszystko przebiega zgodnie z planem, dopóki błąd w dokumentach nie sprawia, że przyjaciółki mają ustawione wesele w tym samym dniu i tym samym budynku… To rozkręca rywalizację, którą najlepiej porównać do złośliwego wyrywania włosów z głowy oponentki. I to w trybie “my już to wcześniej widzieliśmy”.

Teoretycznie film ogląda się całkiem przyjemnie. Z dowcipem bywa różnie; albo trafiony albo mało śmieszny. Grunt jednak, że nie wywołuje obrzydzenia i można spokojnie wcinać popcorn albo udko z kurczaka
.
Aktorsko najlepiej wypada Annie Hattaway. Grą tą “gorszą”, “biedniejszą” i tą mniej asertywną, chociaż tak samo jak jej nadziana przyjaciółka ma kasę na ślub w Hotelu Plaza. Pies trącał. Z kolei Kate Hudson chyba nie odziedziczyła talentu po matce (Goldie Hawn), w związku z czym przy Annie Hattway wypada niemal jak aktorskie drewno. Patrząc na jej krzywe spojrzenia i fryzurkę widziałem irytującą Marylę Rodowicz 20 lat w wersji wcześniej. Z ciekawszej obsady można wymienić Kristen Johnston. Jej postać Deb najbardziej zapada w pamięć z racji ciętego języka i stylu życia. Ot, starsza kobitka zręcznie wykorzystująca naiwność Emmy.

Film można sobie całkowicie darować, ewentualnie przewinąć do sceny, w której Emma tańczy na przyjęciu panieńskim Liv. Czyni to bardzo seksownie. Na dodatek ma kręcone włosy i jest brunetką – tego nie można ominąć x).
Ślubne Wojny powinny dostać właściwie jedną gwiazdkę – nie wnoszą nic nowego i są do bólu oklepane. Wszystko można przewidzieć zanim zacznie się film. Teoretycznie całość ratuje momentami niezłe poczucie humoru oraz Annie Hattaway, która chociaż wygląda jak blade dziecko pustyni to wciąż przypomina, że grać umie.
Ogólnie ani to mądre, ani specjalnie śmieszne. Ot, lekki, głupi i bezjajeczny film.
Ślubne Wojny
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes

