h1

CLXXX: Terminator: Zaprzepaszczenie…

czerwiec 19, 2009

Terminator: Ocalenie

Przy prawdziwym wysypie superprodukcji tego roku jest w czym wybierać. Jedną z nich, reklamowaną masą spotów i zwiastunów jest Terminator: Ocalenie. Internauci śmiali się, twierdząc, że w zwiastunach pokazano niemal cały film i po jego obejrzeniu jestem skłonny przyznać im rację. Najnowsza część przygód morderczych robotów identyfikuje się z przeciętnym typem kina akcji, czyli czymś zupełnie odwrotnym niż się spodziewaliśmy.

Chciałoby się zacząć wywód od scenariusza… doprawdy trudno uwierzyć, że to “coś” ma wspólnego z historią, która narodziła się w umyśle Jamesa Camerona. Najbardziej w oczy kole budowa fabuły; z miejsca zostajemy poinformowany, że Skynet jest wielkim zagrożeniem i jedynym ratunkiem jest Ruch Oporu kierowany przez niestrudzonego Johna Connora (Christian Bale). Gdzieś z brzegu ekranu wyskakuje nagle Marcus Wright (Sam Worthington), by odnaleźć Kyle Reese. Okazuje się niesamowitym szczęściarzem, bowiem pierwsza osobą na jaką Marcus  wpada to właśnie Reese. Connor w międzyczasie dowiaduje się, że jest drugim na czarnej liście Skynetu a Reese przypada dumne, pierwsze miejsce. Od tej chwili celem Connora jest odnalezienie i uratowanie Reesa a Marcus odwiedza kolejne lokacje z dwójką dzieciaków, by dowiedzieć się kim jest i co ma w ogóle robić w tym filmie. Przy okazji bierze udział w efektownych i zbędnych sekwencjach akcji.

Streszczenie jest adekwatne do tego, co dzieje się na ekranie. Mówiąc w skrócie – porażka na całej linii. Znawcy tematu odnajdą w tej historii masę błędów logicznych, niedomówień i okropnych cięć w niemal wszystkich scenach. Podczas oglądania miałem wrażenie, że montażysta skleił film po pijaku zostawiając te sceny, w których główną rolę gra CGI. I to właściwie jedna z dwóch zalet tej wielkiej szmiry – efekty specjalne robią wrażenie i generalnie odrywają widza od snu. Drugą z zalet jest aktorstwo Sama Worthingtona. Spisał się dobrze, aczkolwiek scenariusz nie pozwolił tutaj komukolwiek rozkręcić warsztatu możliwości.

Film posiada ograniczenie wiekowe PG-13, co w przypadku Terminatora brzmi jak masowe samobójstwo. Nie dostajemy ani jednej porządnie brutalnej sceny. Brak krwi, przekleństw i jakichkolwiek mocnych akcentów deklasuje całą produkcję. Śmiech i jednocześnie szlag trafia widza, kiedy musi patrzeć na ślamazarnych terminatorów, którzy zamiast zabić jednym ruchem rzucają każdym jak szmacianą lalką a kiedy przychodzi pora na strzelanie  roboty chwalą  się ewidentnym brakiem celności. Gdzie ta ich nieludzka brutalność? Na dodatek Skynet jest parodią samego siebie – siedzi w nim raptem trzech terminatorów, jego centrum wygląda jak studio TVNu a fabryki przypominają cyberpunkowy chlew. Nic się kupy nie trzyma. Chwilami film przypomina Wojnę Światów – mam tu na myśli maszynerie łapiące ludzi.

Ogólnie rzecz biorąc z maszyn zrobiono bandę opóźnionych w rozwoju kretynów, którzy nie widzą lin-pułapek na drodze, strzelają na oślep i nie umieją kogokolwiek zabić. Wady tej produkcji można złożyć w pracę doktorską; nie dość, że kopiuje oklepane schematy, nieumiejętnie puszcza oko w stronę pozostałych odsłon Terminatora to na domiar wszystkiego jest okropnie zmontowana. Marności scenariusza jednak nic nie przebije. Dopasowanie całości pod gusta 13-letniej widowni zabija film z miejsca.

Dużo spodziewałem się po Ocaleniu. Oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Jedynym elementem, który trzymał mnie przy ekranie to klimat. Jakimś cudem udało się go stworzyć, jednak scenografia i zdjęcia to nie wszystko. Być może twórcom zachciało się czegoś nowego – trylogii w innym kierunku. Nie mam nic przeciwko takim decyzjom, jednak jeśli podwaliną wizji ma być głupi i nudny scenariusz to panom już podziękujemy. Skroili film, który jest niczym więcej jak pustą emocjonalnie  orgią efektów specjalnych z ograniczoną do minimum treścią.

Podsumowując; zły scenariusz, kiepskie dialogi (swoista “perełka” w scenie, gdzie Kylee prowadząc jeepa jak rasowy rajdowiec mówi, że pierwszy raz w życiu prowadzi…), świetne efekty specjalne (choć animacja chwilami kuleje), dobre aktorstwo Worthingtona, znudzony Bale, pustka emocjonalna, niemal zerowe napięcie i masa głupot oraz najgorszy montaż roku. Zawiodłem się niemal na całej linii. Pozostaje oczekiwać na wersję rozszerzoną, bowiem dużo scen ze zwiastunów po prostu wyparowało a na ekranie to kole w oczy jak rachunek za prąd. McG pogrzebał serię a zdawało się, że nie da się zrobić gorszego filmu od Buntu Maszyn. Jakoś może pocieszać cameo Arnolda Schwarzeneggera, jednak i to popsuli dodając za dużo ognia (kto widział ten wie, o co chodzi).

Nie polecam, lepiej czekać na Transformers 2, od którego nikt nie oczekuje odrobiny myślenia. Terminator: Ocalenie zdaje się być najgorszym odcinkiem serii a także najgorszą superprodukcją roku. Nawet muzyka Danny’ego Elfmana zdaje egzamin tylko w filmie. A miało być tak pięknie…

Terminator Ocalenie
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes

Dodaj komentarz