h1

CLXXXI: Star Trek MTV

czerwiec 20, 2009

Star Trek (2009)

Star Trek to film, wobec którego mam ambiwalentne odczucia. Czytając chwalebne opinie na jego temat odniosłem wrażenie, że nakręcono coś, co wybija się ponad przeciętność, wyrywa z butów i pozostawia po sobie same dobre wrażenia. Jakiś czas po obejrzeniu filmu moje emocje opadły na tyle, by spojrzeć na Star Treka obiektywnym okiem, wolnym od zachwycania się cool otoczką i masą dowcipów. Ten film miał być produkcją dla współczesnej widowni i tak w istocie jest. J.J. Abrams nakręcił szybki, kolorowy i lekki film, który dobrze się ogląda. Ogląda, bo gdzieś w połowie mój mózg przestał interpretować fabułę. Powód jest prosty – te przeklęte podróże w czasie…

Już sam fakt dostosowania filmu do gustów współczesnej (czyt. pokolenia MTV) świadczy o fabule. Nie można powiedzieć, że jest głupia, bo mamy do czynienia z gatunkiem s-f, gdzie pewne rzeczy trzeba po prostu zaakceptować, by nie popaść w niekończącą się dyskusję. Mamy tu czarne dziury, wielkie wiertła, czerwoną materię, wkurzonych Romulan i oczywiście motyw zemsty. To, w jaki sposób wytłumaczono cały sens fabuły (od momentu lądowania Kirka na mroźnej planecie) to już czysta bajka, gdzie sensu na próżno się doszukiwać. Jednak Abrams reżyseruje wszystko z takim speedem, że widz zapomina, czego nie zrozumiał. Chwilami historia nabiera takiego obrotu, że pozostaje zawiesić oko i chrupać popcorn. No, w końcu tak miało być, nie?

Zaskakujące jest to jak dużo humoru (nieszczególnie wyszukanego) zawiera w sobie scenariusz. Zaskakujące, bowiem całość zaczyna się bardzo dramatycznym prologiem sugerującym, że takim torem potoczy się reszta historii. Nic bardziej mylnego. Zaraz po wielkim napisie “STAR TREK” film staje się komedią z dowcipami o zoofilii i kozaczeniem na prawo i lewo (:P).

Star Trek to film nowy, świeży, wybuchowy, kolorowy i przy tym… zrzynający z innych filmów, ile wlezie. Niesamowicie dużo nasunęło mi się skojarzeń z Gwiezdnymi Wojnami; akcja w jaskini, gdzie Kirk cudownie wpadł na Spocka, wygląd Romulan (jakby Darthowi Maulowi obcięto różki na głowie, Scotty – to taki Jar-Jar Binks, niszczenie planet – trochę jak Death Star. Sposób filmowania – znamy to z Cloverfield – kamerzysta z ADHD i te wszędobylskie kolorowe flary i błyski, jakby ktoś zabrudził obiektyw kamery. Zapewne Abrams chciał trafić w gusta posiadaczy Apple oraz iPhonów oraz nieskazitelnie czystej wizji przyszłości. Dodatkowe zbliżenia, nagłe close-upy przypominają Battlestar Galatica a chaotyczny montaż  teledysk muzyczny MTV. To definitywnie nowy Star Treka, jednak oryginalności mu za grosz. Czepianie się scen nie mających wpływu na rozwój akcji można zaliczyć do ukłonów w stronę klasycznego uniwersum, tak więc – lepiej dać se luz.

Gdyby wymieniać zalety Star Treka można zacząć od najważniejszej; film dobrze się ogląda. Zadaję sobie teraz pytanie; dlaczego mi się to dobrze ogląda? J.J. Abrams jest mistrzem w tym, co robi, mianowicie świetnie angażuje widza w rozrywkę stosując te metody, które skutkują niemal zawsze jeśli chodzi o blockbustery – szybki i efektowny montaż, masa efektów specjalnych oraz nieskazitelni bohaterzy z ciętym językiem, dowcipami o charakterze seksualnym oraz scenariusz, który nie musi być sensowny. Grunt, by przeplatał się z akcją. Taki jest Star Trek. Do wyboru, do koloru; dla jednego to idealna rozrywka dla drugiego profanacja kultowej serii. Skoro Abrams powiedział, że to film dla nowego pokolenia to czego się czepiać?… Właściwie tylko tego, co znajdziemy się w ramach definicji “film dla współczesnego widza”. Za scenariusz odpowiedzialni są panowie, którzy popełnili skrypty do obu Transformersów ;) .

Inną zaletą są świetnie rozpisane poszczególne charaktery – pada wiele dialogów (chwilami zbyt wiele), co pomaga dobrze zbudować najważniejsze postaci i w miarę gustu – polubić je.

Aktorsko film jest całkiem (jak na blockbuster) poprawny, bo czy w takiej produkcji aktor nie czuje się na planie jak na placu zabaw? Chris Pine nie miał chyba większych trudności z wcieleniem się w młodego kozaka, szlajającego się barach i zaliczającego zielone panienki (niczego sobie, tak na marginesie). Jego Kirk to taki starszy szczeniak i właściwie nawet Robert Pattinson mógłby spokojnie wcielić się w tego jego rolę, bo na dłuższą metę mają ze sobą coś wspólnego – operują cały czas jednym wyrazem twarzy i po prostu dobrze wyglądają. Do Zachary’ego Quinto nie mam w zasadzie nic – uniwersum Star Treka to dla mnie prawie czarna magia i dlatego ograniczę się do stwierdzenia, że reżyser castingu odrobił zadanie domowe ;) . Reszta obsady to takie typowe kalki – cycate panienki w lateksie (bądź bez niego), trzech klaunów i szermierz z Dalekiego Wschodu.

Źli goście są oczywiście rozpoznawani z wyglądu – czyli niezadowoleni, bo jak zwykle za coś się mszczą. Czy w Hollywood nie potrafią wymyślić niczego innego poza zemstą? Nawet druga część Transformers ma w podtytule słowo “zemsta”…

Pomimo tego moja ostateczna opinia brzmi; polecam, by się dobrze rozerwać. Może denerwować wiecznie roztrzęsiona kamera. Niemal każdy kadr przypomina sygnaturkę z photoshopa z nadmiarem brushy. Zabójcze tempo w teledyskowej konwencji skutecznie przysłania fabularne pierdółki, dlatego z kina wchodzimy zadowoleni i chętni do polatania w kosmosie na pokładzie Enterpise’a. Abrams skroił starego klasyka pod gusta dzisiejszej widowni umiejętnie kolaborując między fabuła a akcją i… nic ponadto. Jeśli jednak miałbym wybierać między Star Trekiem a Transformers 2 wybrałbym… stare, dobre Gwiezdne Wojny ;) .

Star Trek
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes | MovieWeb

Dodaj komentarz