h1

CLXXXV: Transformers: Do Upadłego

lipiec 9, 2009

Transformers: Zemsta Upadłych ★★★★★

Transformers: Revenge Of The Fallen, USA 2009, 147 min

W tym filmie wszystko jest nie tak jak trzeba; począwszy od źle przetłumaczonego tytułu po wyjątkowe przecięcie w ilości wybuchów na ekranie. Michael Bay miał zawsze tendencję do przerysowywania akcji, jednak tutaj przebił samego siebie. Zwyczajnie lubię oglądać jego filmy, chociażby dlatego, że są lekkie i odmóżdżające. W przypadku Zemsty Upadłych trudno mówić o “lekkiej” rozrywce, bo ta już po pierwszych 30 minutach potrafi zmęczyć nadmiarem efektów, brakiem fabuły i… wyjątkowo żenującym poczuciem humoru.

Biegają tak od początku do końca…

Oczywiście trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby oczekiwać od Baya filmów, nazwijmy to “wyższych lotów” rozrywki. Odkąd mamy czasy, w których sukces przelicza się na wyniki box office’u masową widownię interesuje głównie szybka akcja i nic więcej. Transformers wg niektórych fanboyów zwani są Ojcem Chrzestnym XXI wieku. Trzeba mieć tupet i mocno zrytą mózgownicę, by dopuszczać się do tak kuriozalnych stwierdzeń. Z drugiej strony to jednak świadczy, że Michael Bay doskonale wie, czego widownia chce. Znaczy to ni mniej ni więcej, że tyle warty jest dzisiaj blockbuster, ile wymagania widowni.

Fabuła Zemsty Upadłych jest tak płaska, że można się w niej pogubić, bowiem niemiłosierna długość filmu rozciąga wszystko ponad miarę i właściwie pozostaje nam gapienie się na efekty specjalne oraz Megan Fox i znoszenie dowcipów na poziomie gimnazjum. Całość intrygi to kilka krótkich scenek, w których dowiadujemy się, że Samowi przypadkiem wpadł do oka kawałek Kostki, Mikaela wpakowała do pudła małego Decepticona, który (o dziwo) okazał się całkiem… pomocny, ożywienie Starscreama oraz jakaś machina, która ma posłużyć do zniszczenia Ziemi. To wraz z całą masą pierdół, eksplozji i słabych dialogów prezentuje nam przez 2,5 godziny Michael “Explosion” Bay.


Nie pierwszy i nie ostatni raz komuś przeleciał samochód na głową

Z mojego subiektywnego punktu widzenia film jest tak słaby, że część pierwsza tylko na tym zyskała. Dlaczego? Bowiem Zemsta Upadłych nie ma ani uroku ani klimatu. Nie ma się poczucia przeżywania przygody a element ludzki wydaje się być zupełnie zbędnym elementem – można powiedzieć, że Sam został bohaterem z przypadku. W dodatku fakt tego, że w pierwszej części Kostka trafiła przypadkiem na Ziemię teraz wydaje się mało realny. Wszystko jest winą tego, że scenariusz filmu to kompletna porażka w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Aktorsko produkcja utrzymuje średnio-niski poziom. Shia LaBeouf nadal nie może powstrzymać się od krzykliwych kwestii z “BUMBLEEBEEEE!” na czele. Występ Megan Fox to nic więcej jak latanie po ekranie w trybie soft-porn. Dobrze wypadli Kevin Dunn oraz Julie White jako rodzice Sama – jak zwykle sympatyczni, choć postacią Judy (matka Sama) twórcy za bardzo poszarżowali, ale o tym za chwilę. Z kolei John Torturro to taki komiczny dodatek. Tym razem żaden Transformers nie sikał mu na głowę, ale i tak ma pod sufitem, bowiem archiwa Sekcji 7 (ponoć śmiertelnie tajne!) trzyma sobie w piwnicy…

Hej, wpadliśmy zająć TROCHĘ czasu ekranowego

Scenariusz to nie jedyny grzech tego filmu. Największy żal do twórców mam za skrajny debilizm. Nie dość, że historia jest cienka jak barszcz to na domiar tego zostajemy potraktowani żenującym chwilami humorem. Beznadziejne przypadki można wyliczać taśmowo; ruchające się psy, naćpana matka Sama, dwa roboty bliźniaki wyglądające jak blaszane wersje 50 Centa, jądra (!) Fallena (mało brakuje, by nazwali go Fallusem…) oraz mały decepticon gwałcący nogę Megan Fox (ta najwyraźniej była zadowolona z takiego typu adoracji). Szczytem debilizmu jest scena, w której Sam i spółka przekroczyli granicę Jemenu. Teraz już wiemy, że by tego dokonać nie potrzebny jest paszport a jedynie chęć zwiedzania i bycie mieszkańcem Nowego Jorku. Doprawdy żal patrzeć do jakiego stopnia Michael Bay zepsuł serię.

Trudno tu znaleźć zapadającą w pamięć scenę, bowiem cały film to jeden wielki łomot. Ani Devastator ani walka wokół piramidy nie robią większego wrażenia, bowiem widz atakowany jest od samego początku feerią efektów specjalnych i najgorsze jest to, że wszystkiemu brakuje epickiego rozmachu. Właściwie trudno odpowiedzieć sobie na pytanie skąd się wszyscy  wzięli i kto go kogo strzela. Za dużo (i jednocześnie nic) dzieje się naraz. Nawet muzyka Jablonsky’ego nie daje rady – pompatyczne brzmienia to po prostu parada basów – bardziej patetyczna wersja soundtracku z części pierwszej.

Czytając opinie internautów dało się zauważyć, że chwalili walkę Optimus Prime’a i Starscreama w lesie. Cóż, rewelacją ona nie jest, ale to najlepsza sekwencja w całym filmie, bowiem… widać kto kogo tłucze. Poza tym znamy miłość Baya do slow-mo – tradycyjnie używa go tam, gdzie to najmniej potrzebne i szczerze mówiąc łączenie tych ujęć z tymi, gdzie kamera lata jak szalona wywołuje u mnie uczucie politowania.

Jedyny powód, dla którego widzieliście ten film

Bay przegiął ze środkami wyrazu tracąc tym ducha przygody. Jak sięgam pamięcią nie widziałem filmu z taką ilością eksplozji. Doliczając do tego kompletny brak emocji otrzymujemy naprawdę słaby film. Gdyby tak spojrzeć na filmografię Baya można stwierdzić, że to jego najgorsza produkcja obok nużącego Pearl Harbor. Sprawia wrażenie napisanego na kolanie a plotka sugerująca, że reżyser więcej spędził czasu nad efektami niż scenami z aktorami wydaje się być prawdziwa.

Z całego serca – nie polecam. Widowiskowość to jedno. Przygoda i emocje to drugie. Tego drugiego Zemsta Upadłych nie posiada. Gdyby skrócić całość o połowę film zyskałby na (o ironio) na dynamice. Rozczarowanie, chwilami zniesmaczenie, skrajny debilizm i poziom naciągania niektórych scen sprawia, że najbardziej oczekiwana produkcja roku okazała się najdłuższym wygaszaczem ekranu w historii kina. Kto lubi ten lubi. Kto ceni sobie choć odrobinę “ducha przygody” stwierdzi, że film jest mega-porażką. Czasami mniej znaczy więcej. Michael Bay powinien wziąć sobie do serca to powiedzenie. (3.5/10)

Transformers: Zemsta Upadłych
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes

Dodaj komentarz