h1

CXC: Harry Potter I Książe Box-Office’u

lipiec 24, 2009

Harry Potter I Książę Półkrwi ★★★★★

Harry Potter And The Half-Blood Prince, USA 2009, 153 min

Książę Półkrwi to w zasadzie pierwsza część cyklu przygód Pottera, której nie przeczytałem do końca. Pozostało mi więc zrecenzować całość z perspektywy samego filmu, jednak nie pominę porównania z oryginałem, bowiem nieco pamiętam i z tego też powodu jest o czym pisać.

Seria filmów o Harrym Potterze w zasadzie nigdy nie pretendowała do miana ambitnych produkcji. Poddając się prawom superprodukcji i młodzieżowym trendom wygląda raczej jak produkt, która ma się dobrze sprzedać. Widzów przyciąga machina marketingowa, natomiast fani mimo woli idą do kin, by porównywać wszystko z jedynie słuszną wersją J.K. Rowling. Jak wyszło tym razem? Szczerze mówiąc jeszcze ani jeden film z serii nie zrobił na mnie jeszcze wielkiego wrażenia. Każda kolejna część wydała się po prostu ekranizacją dobrze czytającej się książki a czy historia młodego czarodzieja posiada jakąś wartość merytoryczną to już kwestia subiektywna.

Książę Pół-Krwi jest przedostatnim rozdziałem, w którym wiele się dzieje i jest swoistą podwaliną do Insygniów Śmierci. Stąd też  to jakby część pomiędzy “szkolnymi przygodami” a ostateczną walką ze Złem. Oglądając film ma się wrażenie, że twórcy wyrażenie “pomiędzy” wzięli sobie zbyt dosłownie do serca i w rezultacie powstał produkt, który przesuwa wątek główny na bok, by nazbyt gęsto przedstawić nam wchodzenie w dorosłość Harry’ego i spółki. Łącząc  wszystko z mainstreamowym stylem filmowania Yatesa (czyt. bez stylu) dostaliśmy czysto widowiskowy film dla wszystkich i jednocześnie dla nikogo. Można to uznać za wadę i jednocześnie zaletę, jednak jeśli mówimy o adaptacji serii, która coraz zmienia reżysera… oczywistym jest stwierdzenie, że Harry Potter to już nie magia a marka, która świetnie się sprzedaje.

Fabuła obraca się głównie wokół Harry’ego i Dumbledora i ich przygotowań do ostatecznej walki z Czarnym Panem – prywatne lekcje, na których dowiadujemy się o życiu Voldemorta i o tym, w jaki sposób można go pokonać. Przybywa nowa postać – profesor Slughorn, jako nowy nauczyciel od eliksirów. Snape w końcu dostaje upragnione od lat stanowisko nauczyciela od obrony przed czarną magią a sam Harry próbuje rozwikłać, co knuje Malfoy i przy okazji zauważa, że Ginny podkręca jego poziom testosteronu we kwi.

Resztę wątków z książki pochłonęła czarna dziura a ich miejsce zajęła komedia o pierwszych miłostkach. Właściwie nic nie mam do takowych, nawet w świecie HP. Jednak kompletnie nie podoba mi się zbyt lekkie traktowanie w filmie czegokolwiek. Wszelkie dowcipy o charakterze seksualnym zajmują mniej więcej 2/3 filmu, natomiast najważniejsze, czyli plan Voldemorta jest zepchnięty na bok a wszelkie informacje docierają do widza na zasadzie “podania na tacy”. Spłyca to cały sens historii Voldemorta, co trudno puścić pomimo uszu.

Przychylne recenzje w pewnością tyczą się mrocznej atmosfery, zabawnych dialogów i akcji, jednak taki miks odkrywa braki w scenariuszu. Całość ma powolne tempo, pierwsza połowa szczególnie. Druga natomiast nabiera prędkości, jednak i to nie wychodzi ostatecznie na plus, bowiem z wolnej narracji przechodzimy do nieco chaotycznej struktury blockbustera typu “wiele się dzieje i wybucha coś, co nie musi, a nawet nie powinno”. Mam tu na myśli atak na dom Weasleyów. Najwidoczniej Bellatrix w scenariuszu Klovesa nie dostała należycie dużo miejsca i stąd dostaliśmy efektowną, niepotrzebną scenę do i tak długiego już filmu.

Moim zdaniem książka został przeniesiona na ekran po macoszemu. Co z tego, że film ogląda się lekko i przyjemnie, podczas kiedy zastanawiamy się, o co tu tak naprawdę chodzi? Twórcy jednak nie robią sobie z tego problemu, bowiem większość czasu ekranowego to miłosne wzloty i upadki. Mimo wszystko – scena ze sznurówkami to już lekkie przecięcie. Ja rozumiem, że ma być zabawnie, ale to film dla widowni od 13 lat…

Film ma parę plusów; aktorsko całkiem nieźle spisał się Daniel Radliffe. Najlepiej wypadł w scenach, gdzie był pod wpływem eliksiru szczęścia – jak więc widać, ma talent komediowy, chociaż bardziej sprawiał wrażenie pijanego niż wesołego. Za to przypadku scen poważnych widać już wyraźne braki w ukazywaniu emocji – Radcliffe po prostu stoi i wykrzywia usta., ewentualnie nie robi nic. W każdym bądź razie jest i tak lepiej niż dotychczas.

Stara gwardia zagrała oczywiście bez zarzutu. Świetnie debiutował w serii Jim Broadbent w roli profesora Slughorna. Z kolei rola Heleny Bohnam Carter jako Bellatrix Lestrange to już kpina. Postać przelatująca po ekranie dwa trzy razy z dialogami ograniczającymi się do irytującego pisku? Niemal wszystko, co zagrała było pokazane w zwiastunach! Kolejny plus to sekwencje wspomnień z życia Toma Riddla. Jaka szkoda, że było ich tak mało, bowiem te fragmenty były najlepsze, najmroczniejsze i najbardziej klimatyczne.

Efekty specjalne bez zarzutu. Sekwencja niszczenia mostu paradoksalnie nie robiła już takiego wrażenia, bowiem każdy ją zna trailerów niemal na pamięć. Należy też wspomnieć o scenie w jaskini. Ta i wspomniane sceny z Tomem Riddlem były tym, czego oczekiwałem po całym filmie. Poza tym scenografia wykonana na najwyższym poziomie. W zasadzie nie podobał mi się tylko typowo phoshoshopowy efekt, jakim jest wszędobylska poświata wychodząca z okien. Zdjęcia? Piękne, płynne, ale moim zdaniem nieco gryzły się samą fabułą – plastycznie wysmakowane, fabularnie niemal półserio.

Harry Potter jako adaptacja coraz bardziej odbiega od książkowego oryginału. Z jednej strony jest to plus. Z drugiej – wycinanie i spłaszczenie najbardziej istotnych wątków, w tym głównego szkodzi serii brakiem magii. Jeśli brać pod uwagę Księcia PółKrwi jako rozrywkę jest zaskakująco dobrze. Jednak jako adaptacja – niemal zżarta przez własny sukces i martwiąca się bardziej o wyniki box office niż zgodność fabularną. W takim kontekście kolejne odcinki serii trudno porównać względem tej samej skali.

Jak wspomniałem na początku – Harry Potter nigdy nie był na tyle ambitnym filmem, by spierać się na dłuższą metę o to, kto ma rację. Sześć filmów utrzymuje po prostu dobry poziom, co trzeba chwalić. Jednak chciałoby się, by Insygnia Śmierci były  lepsze, poważniejsze i dużo mroczniejsze. Póki co – zapowiada się duży blockbuster. Ile czasu twórcy poświęcą historii a ile efektom specjalnym zobaczymy w 2011 roku.

Harry Potter I Książę Pół-Krwi to dobry film. Warty obejrzenia i… zaskakująco szybko wylatuje z głowy, jednak to tylko moje czysto subiektywne odczucie. Być może to już efekt przeżarcia serią – jest OK, ale zawsze pozostaje niedosyt. Balans formy i treści niebezpiecznie przechodzi na korzyść tego pierwszego, pomimo, iż seria nadal trzyma poziom. To zaskakujące i dlatego też pozytywne recenzje krytyków nie dziwią mnie. Osobiście jednak wolę nie tyle trzymanie się wersji książkowej, co trzymanie się jej sensu i magii. Książę Pół-Krwi zyskał by dużo bardziej, gdyby choć jeden wątek potraktował skrupulatnie od początku do końca.

Rezultat jest dziwny – komedia romantyczna na wpół-serio z  mrocznym wątkiem głównym przechodzącym bokiem, gdzie tytuł pozostaje dla widza bez wytłumaczenia. Dlaczego Voldemort wybrał taką a nie inną drogę? Czym są horkrusy? I co ma do tego wszystkiego tytułowy Książę Półkrwi? Tego z filmu, niestety, nie dowiemy się. W dodatku czarnych charakterów jak na lekarstwo…

Podsumowując; bez rewelacji, choć z polotem i dobrymi dialogami. Marsz do kin i oglądać tylko z napisami. (7/10)

Harry Potter I Książę Pół-Krwi
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes

Jeden komentarz

  1. hary poter to przystojny mężczyzna



Dodaj komentarz