
CXCI: Wróg Publiczny… superprodukcji
lipiec 25, 2009Wrogowie Publiczni ★★★★★
Public Enemies, USA 2009, 140 min![]()
Michael Mann nakręcił film, który podzielił między sobą zarówno krytyków jak i widzów. Druzgocące opinie z jednej strony, zachwyt z drugiej. Idąc do kina spodziewałem się, że Mann mnie nie zawiedzie. Że pokaże, iż w dobie kręcenia przez Finchera nudnego Benjamina Buttona ktoś jeszcze potrafi nakręcić mocne kino, wolne od standardowego pojmowania superprodukcji. Czy tym razem udało się? Na odpowiedź, która uświadomi widowni, że powstało coś nowego trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, bowiem Wrogowie Publiczni to nie film dla dzisiejszej widowni, która jeszcze niedawno waliła drzwiami i oknami na Transformers. To kino zupełnie inne miary. To kino Michaela Manna.

Wobec swojego ulubionego reżysera ma się największe wymagania. Oglądając nie jeden raz poprzednie arcydzieło Manna, czyli kultową Gorączkę (pewnie nawet nie słyszeliście o tym filmie) wiedziałem, że przez dłuższy czas nie ujrzę w kinie czegoś, co zapamiętam do końca życia. Rok temu w kinach królował Mroczny Rycerz Nolana, którego największą wadą był zbyt duży ładunek pierdół o dobroci i sprawiedliwości. Mimo wszystko jednak – to był komiks u błędy można było wybaczyć. Przy Wrogach Publicznych film Nolana to jednak bajka a jej finansowy sukces uświadamia, że prawdziwie poważne kino z gwiazdorską obsadą to prawdziwa perełka.
Scenariusz oparto na faktach. Przedstawione zostały losy Jacka Dillingera od chwili brawurowej ucieczki z więzienia, po której rozpoczął serię napadów na banki. Szybko stał się wrogiem publicznym numer 1. Dzisiaj byłby nazywany kozakiem – jego prosta filozofia życia pozwalała mu cieszyć się chwilą a dramatyzm wynikał ze styczności z rzeczywistością. Dilligner kpił sobie z władz i systemu, rabował banki chwaląc się jak niewiele czasu mu to zajmuje. Niezwykle podobało mu się to, że był osobą medialną – to dodatkowo utrzymywało w nim pewność siebie. Jego przestępcza skuteczność sprawiła, że stał się głównym celem FBI – J. Edgar Hoover (pierwszy dyrektor tej instytucji) wyznaczył do jego schwytania Melvina Purvisa (Christian Bale).

Mann oczywiście nie przestawił takiej historii w znany widzom sposób. W przeciwieństwie do letnich blockbusterów tu wieje chłodnym realizmem. Żadna postać nie jest faworyzowana a sposób filmowania sprawia, że czujemy się uczestnikami akcji. Zabawne jest to, iż widownia nie odczuła emocjonalnej więzi w stosunku do bohaterów. Dillinger był przecież pewnym siebie sukinsynem – kiedy chciał rabował, kiedy chciał – śpiewał. Czyż nie lubimy takich badguyów?
Innym elementem, który kompletnie nie spodobał się większości to technika użycie kamery HD. Sprawiała wrażenie, jakbyśmy oglądali Klan. Co jednak różni Klan od Wrogów Publicznych? Sztuka. Dante Spinotti użył już takiej techniki w Miami Vice, Zakładniku oraz częściowo w Alim. O ile tam, pomimo użycia kamery cyfrowej nie odczuwaliśmy tak definitywnej różnicy w kadrowaniu, o tyle Wrogowie Publiczni to się rzuca w oczy. Chwilami ujęcia sprawiały wrażenie, jakby coś wyskoczyło poza kadr a kamera specjalnie się tym nie przejmowała. Zwyczajnie takie coś pojmuje się jako amatorkę, jednak Spinotti stworzył coś magicznego. Trudno określić słowami, jak to rozumiem, ale w moim odczuciu zdjęcia idealnie odgrywają rolę “uczuć”, których nie czujemy od samych bohaterów. Wszystko jest jakby na odwrót – chciałoby się zobaczyć to i tamto a Mann daje nam tylko skrawek. Jedyna scena miłosna jest pocięta, zimna kolorystycznie i niesamowicie chaotyczna. Jakby Mann chciał mi powiedzieć, że to uczucie między dwójką kochających się ludzi to chwila szaleństwa, które jest tylko narzędziem przeżywania chwili. Tu nie odczuwa się romantyzmu a jedynie seks, jako część ludzkiej egzystencji. Dillinger nie bujał w obłokach – robił co chciał. Zresztą, jego charakter jak i budowę całego filmu odzwierciedlała jego genialna kwestia “I like baseball, movies, good clothes, whiskey, fast cars… and you. What else you need to know?“. Te słowa to meritum tego filmu.

Wbrew pozorom w kadrach nie ma przypadkowości. To przecież Michael Mann. Ujęcia pustych pomieszczeń, korytarzy, ich oświetlenie w połączeniu z surowością kolorów i obrazem HD dają niesamowite wrażenie wzrokowe. Z usłyszanych opinii obawiałem się jakiejś szarpaniny w ujęciach, jednak to, co obaczyłem było prawdziwie piękną, surową sztuką. Zupełnie wolną od tandetnego filtrowania charakterystycznego dla superprodukcji. Zobaczyłem tu świat na wyciągnięcie ręki, na który chce się patrzeć i patrzeć pomimo jego chropowatości.
Aktorsko Depp urósł w moich oczach, bowiem przez cały film widziałem Dillingera a nie Deppa. Bez dwóch zdań – zagrał koncertowo. Moim skromnym zdaniem to jego najlepsza rola, jaką miał okazję zagrać a dodatkowo udowodnił, że potrafi wcielić się w każdą postać. Christian Bale? Nie zmiażdżył tak jak Depp (stąd trudno mówić o aktorskim pojedynku), jednak wciąż pokazał klasę i wrócił do swojego normalnego tonu głosu. Jego Purvis został przedstawiony w prosty sposób – jako kompetentna osoba, której celem jest dorwanie Dillingera. Mann odpuścił sobie przedstawienie jego życia rodzinnego i to była dobra decyzja – w końcu po co tutaj coś, co nie ma związku z Dillingerem?
Zarówno strona krytyków jak i widzów traktuje ten film jako drugą Gorączkę. Owszem, mamy tutaj pojedynek dwóch charakterów stojących po dwóch stronach barykady, jednak Gorączka była pościgiem między dwiema silnymi osobowościami, ich życiem osobistym i kodeksem moralnym. We Wrogach Publicznych działa inny mechanizm – tu nie ma pojedynku – Dilligner ma w nosie FBI i trudno mówić, by miał jakikolwiek kodeks moralny. Mówił otwarcie co myśli, nie kombinował i trudno mówić o jakiejś emocjonalnej zależności między Dillingerem a Purvisem.
Podobieństwa do Gorączki to raczej efekt dodania kilku charakterystycznych motywów z twórczości Manna – kobiety nie wpływają ostateczne na kodeks moralny facetów czy zapadające w pamięć strzelaniny. I jeśli już przy nich jesteśmy – we Wrogach Publicznych, w przeciwieństwie do Gorączki, równie dobrze mogłoby ich nie być. Sekwencje napadów na banki zostały jakby wklejone, po prostu pokazywały jak Dillinger to robił i tyle. Z tego też względu trudno w nich doszukiwać się emocjonalnego ładunku. Robiły one po prostu wrażenie realistycznych. To zresztą pasowało do charakteru Dillignera – chwalił się, że obrabia bank w 1:40 min i Mann pokazał to. Krótko, rzeczowo i z klasą.

Ważne jest, by nie traktować Wrogów Publicznych jako filmu gangsterskiego. To historia skupiająca się nie na obrabianiu banków a samym Dillingerze. Mann przedstawił nam jego najistotniejszy kawałek życia nie klepiąc banalnie całej historii od narodzin do chwili śmierci.
Należy zadać sobie pytanie; co w tym filmie jest wybitnego, skoro dałem maksymalną ocenę? Przede wszystkim; odejście od schematów, użycie techniki cyfrowej nie tylko dla efektu, ale i opowiedzenia historii. Brak faworyzowania bohaterów, cudowna plastyka zdjęć, kolorystyka oraz dialogi. Tu nie było niepotrzebnych kwestii. Sam sposób wysławiania się Dillingera był prosty, zabawny i konkretny. Wielu narzekało na nudę – po obejrzeniu filmu nie mam pojęcia, w którym momencie można było ziewać. Może za dużo romansu? Być może. Z mojego punktu widzenia był raczej mechaniczny i doskonale obrazował samego Dillingera – wszystko traktował instrumentalnie – jako obiekt mający na celu pocieszana się chwilą.

Wrogowie Publiczni to nie spotykany rodzaj superprodukcji – zimny, realistyczny, brutalny, rewelacyjnie zagrany i pięknie sfilmowany. Łamie standardy, zaskakuje formą i pokładem humoru (jak na twórczość Michaela Manna). To film, który wyjątkowo nie pasuje do ramówki wakacyjnych hitów i na długo pozostawia bałagan w myślach. Przygotowując się do napisania recenzji wiedziałem, że żadne moje słowo nie odda należycie tego, co przeżyłem w kinie. Jedni widzą w tym porażkę, nudny bełkot z przerwami na sceny akcję. Ja zobaczyłem arcydzieło podane w zupełnie inny sposób. Takie, którego współczesna widownia jeszcze nie jest w stanie strawić. Z jednej strony żenujący Transformers 2, z drugiej Star Trek, który wygląda jak dłuższy teledysk MTV. Jak w natłoku takich filmów szansę u widowni mieć dzieło poważne, które w dodatku podaje nam wszystko w formie, jakiej do tej pory nie widzieliśmy? Ale tak to już bywa z arcydziełami. Zawsze stają się doceniane po latach. (9.5/10)
Wrogowie Publiczni
FilmWeb | IMDb | Rotten Tomatoes


Jakbyś się czuł gdybyś nagle został rzucony w samo serce strzelaniny? Kule świszczą Ci nad uchem, nie widzisz kto do ciebie strzela, starasz się odeprzeć atak i celujesz w te miejsca z których dobiega huk wystrzałów. Obraz skacze Ci przed oczami, serce pompuje ci taka ilość krwi, że rozsadza Ci skronie. Właśnie z takiego punktu widzenia Michael Mann przedstawił sceny strzelanin (zwłaszcza tą w lesie)i moim zdaniem było to genialne posunięcie. Realizm tutaj przebija nawet świetne sceny z Kompanii Braci. Ten film dopiero zostanie doceniony po latach, podobnie jak Scarface i na stałe zagości w Top 100 obok największych klasyków kina gangsterskiego. Mam nadzieję, że doczekam tego czasu i okaże się, że nie pomyliłem się w ocenie co do tego filmu.
Ocena 10/10