
CICVI: Dark side of the Moon
listopad 4, 2009Moon ★★★
Moon, Wielka Brytania 2009, 97 min![]()
Lubię dziwne kino, ale pod warunkiem, że jego forma ma w sobie coś nietuzinkowego a treść niesie ze sobą emocje i to w taki sposób, że nie zastanawiam się czy to ja jestem głupi czy film niesie za sobą jakieś “ale”. Moon z początku wydaje się filmem, któremu należy się przyjrzeć bliżej i wyczuć wizję reżysera na tyle, by nie obawiać się pogubienia w fabule, choć ta jest prosta jak budowa cepa. To jednak nie znaczy, że jest pozbawiona błędów.

Sukces artystyczny Moon opiera się w dużej mierze na sferze wizualnej (i również muzycznej – świetna ścieżka dźwiękowa Clinta Mansela) i swoistym oldschoolu. Jednak prawdziwa scenografia, wysmakowane kadry i popis aktorski Sama Rockwella to jeszcze nie powód, by okrzyknąć film arcydziełem. Mój sceptycyzm do filmu ma swoje podłoże w scenariuszu i tym, jakie niesie ze sobą emocje. Mam wrażenie, że reżyser postanowił nakręcić nową wersję 2001: Odysei Kosmicznej Kubricka i zapewne brutalne będzie stwierdzenie, że Kubrick był pierwszy. Duncan Jones zapożyczył sobie od mistrza wystarczająco dużo elementów, jakby w obawie, że sama idea historii nie wystarczy. Jest to tylko moja subiektywna opinia, bowiem uważam, że pomimo takiego wykorzystania Odysei Moon po prostu nie trzyma się kupy.
Sam od trzech lat samotnie obsługuje bazę na Księżycu sterując koparką, naprawiając od czasu do czasu sprzęt i zabijając czas innymi zajęciami. Samotność w jego przypadku to po prostu element pracy. Jednak to z kolei sprawia (ale czy na pewno?), że Sam ma zwidy. Przez chwilę widzi postać młodej dziewczyny a jakiś czas później zauważa, że po stacji kręci się facet wyglądający zupełni jak on sam. Normalny człowiek jakoś reaguje. Ja bym miał już masę pytań, jednak reżyser postanowił być oryginalny (za co w sumie mu chwała) i w rezultacie Sam niespecjalnie reaguje na cokolwiek, co człowieka w zwyczaju wyprowadza z równowagi.

Opisywaniem reszty fabuły popsułbym niemal cały seans i przez to trudno stosownie wyjaśnić, co w tym filmie nie podobało mi się. Na pewno zarzuciłbym reżyserowi to w jaki sposób prowadzi historię. Zastanawia mnie czy takim postępowaniem bohaterów można usprawiedliwiać jej ciąg. W filmie występuje GERTY (odpowiednik HAALa z Odysei Kosmicznej), ów robot wprowadza do filmu kawał nonsensu. Jego inteligencja jest na tyle wystarczająca, że rozkłada założenia historii (i jej znaczenie) na łopatki. Z początku wydawałoby się, że taki robot ma za zadanie utrzymać stację w porządku, jednak kiedy zaczyna prowadzić z Samem rozmowę jak człowiek z człowiekiem trudno określić jaką rolę (a co za tym idzie – skutki postępowania) GERTY posiada. Trudno pojąć o czym konkretnie jest w ogóle ten film. O negatywnym wpływie korporacji na jednostkę? O samotności?
Duncan Jones stworzył dzieło, które broni się stroną wizualną. Obrazy Księżyca są piękne, niepokojące i w jakiś sposób enigmatyczne, co stworzyło niebanalny klimat i wspiera kulejącą w założeniach fabułę, pomimo tego, iż całość wydaje się przemyślana, nadzwyczaj poważna i w dodatku przypominająca wielkie arcydzieło Kubricka. A może całość to jeden wielki zwid Sama, który siedzi za długo w samotności i wyobraża sobie to wszystko? Jednak po seansie trudno doszukiwać się sensu takiej teorii. W tym filmie wszystko jest dziwne; niczym wybryk schizofrenika otulony piękną scenografią. Reżyser jakoby daje do zrozumienia, że Sam zachowuje się jak normalny człowiek – zostawia po sobie bałagan, klei modele, jednak kiedy przychodzi pora na głębszą psychologię zaczynają rządzić dziwne schematy, do których nijak podejść. Oryginalność oryginalnością, ale to cel uświęca środki, czyż nie?

Poza tym zastanawiałem się na który punkt fabuły bardziej zwracać uwagę – nie trzymającą się kupy intrygę czy wynikający z niej wątek psychologiczny. Po prostu nie kupiłem tego, mówiąc najprościej. Zachwyt reszty świata nie udzielił mi się. Zupełnie jak w przypadku Benjamina Buttona.
Moon nie wywołał u mnie wielkich emocji. Obejrzałem film ze zdziwieniem pytając siebie czy element zaskoczenia już za mną czy przede mną. Być może ktoś uważa, że brak charakterystycznego wprowadzania zwrotu fabuły należy uznać za nowum łącznie z dziwnie zachowującymi się bohaterami. To film prosty i jednocześnie tak zakręcony, iż trudno znaleźć sensowny punkt zaczepienia, by móc odnaleźć się w jego wizji. Nie lubię filmów, które w swej formie są tak ambitne, że zahaczają swoją problematyką o wszystko i w rezultacie gubią się we własnym morale. Moon zadaje pytania, ale jego odpowiedzi posiadają zbyt szeroki zakres, by cokolwiek konkretnego z nich wycisnąć. To nie arcydzieło, ale warte obejrzenia. Stwierdzenie, że film wybija się na tle innych produkcji nie jest wygórowane, ale z drugiej strony czy to tło jest tak wartościowe, by się do niego odnosić? Moon jest filmem dobrym, choć merytorycznie średnim. Chwalimy, bo jest ambitnie, choć sami do końca nie wiemy czy faktycznie tak jest czy tylko się nam wydaje. Arcydzieła nie wprowadzają takich niejasności. Moon najwyżej potwierdza uniwersalność faktu, że wszystko co ładne przyciąga oko.
Moon
FilmWeb | Rotten Tomatoes | IMDb

